Przestań udawać, że czytasz Orwella na śniadanie.

przez Gosia Skorwider | kwi 25, 2026 | Myśli

Znasz to uczucie, gdy przewijasz LinkedIn'a i widzisz kolejny stos 'lektur na ten tydzień', a Ty od miesiąca nie możesz przebrnąć przez jeden rozdział? Spokojnie, nie jesteś sam. Prawdopodobnie większość tych osób… po prostu kłamie.

Od dawna chciałam zapytać Was: Jak czytacie książki?
Czy macie swój system – jedna książka w całości, potem następna i kolejna. Czytacie jedną, solidnie, sumiennie, od deski do deski.
A może czytacie kilka jednocześnie? Leżą wszędzie, zagięte kartki książek, wskazujące na ślady bieżącego, długoterminowego użytkowania.
Czy kreślicie może po nich? Ołówkiem? Długopisem – w końcu to Wasza własność, więc dlaczego nie (ja tak robię, bo kiedy wracam po czasie do jakiejś książki, sprawdzam, czy rezonuje ze mną dziś, to samo co kiedyś)
A może jesteście po kursie szybkiego czytania i połykacie jedną książkę dziennie – jak mój przyjaciel, któremu empik i pozostałe sieci książek, nie są w stanie dostarczyć kolejnych, nowych pozycji, w jego tempie czytania.

I wreszcie jednak, dochodząc do sedna mojego pytania:
Jak czytacie książki, czy je czytacie absolutnie zawsze od deski do deski, czy oszukujecie i czytacie kawałek, recenzję, kilka stron z końca, a może środka…
A może tylko omijajcie opisy przyrody, a całą resztę sumiennie, niezależnie czy omamiła Was główna bohaterka i wciągnęła całkowicie bez reszty fabuła, czy jednak tytuł i recenzje były świetne, po dziesięciu pierwszych stronach okazało się średnio czytacie dalej, bo tak.
Bo tak trzeba, z szacunku do literatury.
Bo wypada.
Bo nie powiem, że przeczytałam jeśli jej nie przeczytałam.

No i właśnie tu się zaczyna pewna historia… dlaczego ja wogóle ten temat tak drążę.
Znacie pewnie takie powiedzenie, że nie da się czegoś odwidzieć. Tak właśnie stało się kilkanaście lat temu, a historia dotyczy sposobu czytania książek.

Zanim do tego przejdę, powiem Wam tylko, że jestem wyjątkowym przypadkiem, by nie powiedzieć egzemplarzem, adekwatnie do tej sytuacji (nie tylko tej, heh!),ja odkąd weszłam w nastoletniość, czytając książki czytałam je od początku do końca - strona po stronie.
No i pewnie wielu teraz powie, że to żadne wyzwanie, bo każdy tak robi. Zwracam uwagę na to, że ja zawsze absolutnie od początku do końca każdą zaczętą książkę czytałam, strona po stronie do końca - czy było fajnie, czy nudno, czytałam.
Znacie to? Też tak macie? ... powiedzcie, że tak, proszę... 🙂

Nastały kiedyś czasy internetu, blogów i fejsbuka i nagle ok 2008 roku, zobaczyłam post na blogu pewnej bardzo znanej Pani, że kolejne pozycje doskonałej lektury w tym tygodniu już za nią - pokazując kolejny stosik książek ułożonych modnie do zdjęcia (których grzbiety były nie wąskie).

Ogarnęła mnie myśl i refleksja, jak to jest, że ludzie mają tyle czasu, samozaparcia… by tak regularnie takie ilości książek czytać – podziwiam, pomyślałam.

Kilka chwil, a dokładnie kolejne stosy nowych książek później, ta sama Pani napisała posta o tym, że przecież nigdy nie zmuszała się do czytania książek.

Bierze z nich co jej w duszy gra, strona, dwie, sto… to zależy od wątku, dnia, tematu.

Do dziś pamiętam tamto uczucie, kiedy to przeczytałam, a nawet teraz kiedy to piszę czuję to wyjątkowo wyraźnie.

Oszustka!
- pomyślałam i od tamtej chwili, już nigdy nie wierzyłam w te social’owe stosy książek, co rusz przez kogoś wrzucane.

Dziś pisząc ten tekst pomyślałam, że sprawdzę, czy ktoś zbadał „jak czytamy książki?”

Otóż okazuje się, że ponad 60% z nas, kłamie w kwestii tego co czytało i jak czytało.

Dlaczego to robimy? Bo to kapitał kulturowy – książki są symbolem statusu intelektualnego, więc chcemy wypaść lepiej przed otoczeniem.

A wiecie co jest na liście w „najczęściej oszukiwane”?
Sprawdziłam: 1984 Orwella, Wojna i pokój Tołstoja oraz Ulisses Joyce’a.
Przyznacie, że z przytupem – trzeba mieć ambicje.

I znalazłam nawet termin na ową Panią, która skutecznie naruszyła mi czytelniczy ogląd świata.

Może jej podeślę książkę Pierre’a Bayard’a „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?” … zresztą, połowie społeczności LinekedIn też musiałabym ją podesłać.

Statystyki mówią, że kłamiemy, by budować kapitał kulturowy.

Ja od 2008 roku robię coś odwrotnego: przestałam wierzyć w stosy książek na zdjęciach, a zaczęłam wierzyć w zagięte rogi i ślady użytkowania książek. Wiem, że 'przeczytanie' to nie zaliczony maraton, a ślad, jaki treść zostawiła w głowie.

Wolę czytać jedną książkę rok i naprawdę ją przeżyć, niż udawać przed algorytmem LinkedIn'a, że połykam Orwella na śniadanie.

A Ty? Budujesz stosy do zdjęcia, czy pozwalasz sobie na luksus czytania po swojemu?

Przeczytał, czy nie przeczytał - oto jest pytanie 😉