O dopaminie, marży i „frajerach” – kto finansuje Twoje rozproszenie?

przez Gosia Skorwider | mar 3, 2026 | Myśli

Przeraża mnie to, jak trudno jest nam dzisiaj po prostu ze sobą rozmawiać. Przeprowadzenie zwykłego spotkania, wideokonferencji, a nawet rozmowy twarzą w twarz, stało się wyzwaniem, któremu mało kto potrafi sprostać bez odruchowego sięgania po telefon.

Zauważyliście to? Ta niemożność skupienia się na treści, słuchania ze zrozumieniem i bycia przez 60 minut, bez odpływania myślami do powiadomień po zaledwie kilku minutach, stała się naszą nową, ułomną normą. Jesteśmy w pułapce odruchów, które zaakceptowaliśmy.

Dziś spotkanie twarzą w twarz, bez telefonu na stole to właściwie jedyna forma, w której jesteś w stanie pozyskać sto procent uważności i skupienia drugiej osoby przez określony czas. Jednak gdy tych osób jest więcej, natychmiast pojawia się złudne poczucie, że skoro rozmówców jest kilku, to moje sto procent zaangażowania nie jest już wymagane. W głowie kiełkuje myśl: „przecież słucham, tylko zerknę w maila, sprawdzę, czy ktoś czegoś nie chciał”. I tu zaczyna się prawdziwy horror, bo wjeżdza „bylejakość totalna”. Jestem przekonana, że wielu z Was tkwi w tym samym miejscu od rana do wieczora, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Ten problem dotyczy nas wszystkich, a jego skala zależy już tylko od tego, jak bardzo jesteśmy świadomi swojego uzależnienia od dopaminy.

Niby wszyscy wiemy, co to i jak działa, ale… trochę teorii dla zrozumienia skali wyzwania przed jakim stoimy!?

Naukowcy James Olds i Peter Milner w 1954 roku odkryli, że szczury z elektrodami w ośrodku nagrody potrafiły naciskać dźwignię stymulującą mózg nawet dwa tysiące razy na godzinę, rezygnując z jedzenia, picia, a nawet opieki nad młodymi, aż do skrajnego wycieńczenia.

Przez lata sądziliśmy, że robiły to dla czystej przyjemności, ale prawda okazała się inna. Gdy w kolejnych badaniach zablokowano uwalnianie dopaminy, szczury nadal odczuwały przyjemność z jedzenia podanego im prosto do pyszczka, ale… nie chciały po nie sięgnąć, nawet gdy leżało tuż obok.
Bez dopaminy straciły chęć do jakiegokolwiek działania.

Dopamina nie jest więc „nagrodą”, którą dostajesz po fakcie, ale „paliwem”, które zmusza Cię do działania, by tę nagrodę zdobyć.

To właśnie dlatego trudne zadania – jak praca, nauka, a także już wysiłek uważności słuchania drugiego człowieka – wydają się mózgowi skrajnie nieatrakcyjne w porównaniu do szybkich i tanich strzałów dopaminy płynących ze scrollowania FB, przeglądania IG czy TT, odruchowego sprawdzania WhatsAppa i odpisywania na maile czy też sięgania po Netflixa i jemu podobne platformy.

Pułapka polega na tym, że im więcej i częściej przeglądamy, tym gorzej. Z każdym dniem jest tylko gorzej, bo to działa jak narkotyk – potrzebujemy co dzień więcej i więcej.

Doprowadziliśmy się do permanentnego bycia na dopaminowym głodzie.

Ile razy prowadziłeś rozmowę telefoniczną z kimś i po chwili czułeś, słyszałeś, że robi coś innego, bo nie prowadzi dialogu lub bez sensu potakuje nie wtedy, gdy trzeba lub wstawia jakieś zdanie „wypełniacz” dla podtrzymania rozmowy, licząc, że nie zauważysz?! Komu z nas nie zdarzyło się to także w drugą stronę?!

Frustruje mnie skrajnie to, że spotkania w kilka osób są dziś praktycznie niemożliwe do sprawnego przeprowadzenia. Scenariusz jest zawsze ten sam: w ciągu 40-60 minut dyskusji zawsze znajdzie się ktoś, kto w pewnym momencie sięga po telefon lub komputer, rzucając szybkie „mówcie dalej, ja słucham”. Kilka minut później ta sama osoba zadaje pytanie, które jest koronnym dowodem na to, że właśnie nie słuchała. Pyta o coś, na co odpowiedź padła przed chwilą. Cały proces zostaje wykolejony, bo musimy zawrócić, żeby jej odpowiedzieć. W tym momencie następuje kolejny zwrot akcji: reszta grupy, słysząc powtarzane informacje, rozpręża się i… też chwyta za telefony, bo przecież „oni to już słyszeli”. Ta sytuacja powtarza się bez końca, tracąc energię i sens całości w dłuższej perspektywie. Pod koniec spotkania, przy podsumowaniu kluczowych kwestii, pytania z sali dają już całkowitą pewność, kto czego nie słuchał lub słyszał ale nie słuchał, jednak wszyscy przymykają na to oko, bo czas goni - trzeba biec na kolejne spotkanie, gdzie ten taniec pozorów zacznie się od nowa. „Wysyłamy przecież podsumowanie, tam wszystko będzie” – tak uspokajamy się w myślach, maskując fakt, że przestaliśmy być zdolni do prawdziwej obecności.

Na szczęście zawsze jest jakiś frajer, który za to zapłaci. O ile w życiu zawodowym jest to firma, właściciel, organizacja, teoretycznie nas to tak nie boli. Choć to naprawdę tylko teoretycznie, bo straty na efektywności w długim okresie czasu uderzają w marżę, każdą marżę!

A co z marżą, w życiu prywatnym? Frajerami jesteśmy my sami, nasze dzieci i nasi bliscy.
Kiedy ostatnio widzieliście matkę, ojca, opiekunkę z wózkiem na ulicy, by pchając wózek nie siedział w telefonie?
*Szczury z badania z 1954 roku, o którym pisałam wyżej, też porzucały swoje dzieci na rzecz dopaminy 🙂

Od pewnego czasu nieustannie straszymy się tym, że sztuczna inteligencja odbierze nam wiele – pracę, sprawczość, a może nawet kontrolę nad światem. Tymczasem paradoksalnie sami, na własne życzenie, odbieramy sobie pozycję „naczelnych”. W czasie, gdy AI uczy się coraz lepiej rozumieć kontekst i niuanse ludzkiej mowy, my stajemy się coraz bardziej reaktywni, rozproszeni i powierzchowni.

Przegrywamy walkę o własną uwagę z prostym algorytmem w telefonie, zamieniając ewolucyjną błyskotliwość na impulsywne sprawdzanie powiadomień.

Dobra wiadomość jest taka, że bardzo szybko możemy odzyskać dawnego siebie i swoją uważność - już nawet po dobie rygorystycznego odwyku (nie tylko od sociali!), można doświadczyć jakościowej zmiany.
Wkrótce o tym więcej, stay tuned.


Link do opisu badania, dla zainteresowanych: https://www.neuwritewest.org/blog/3733